wtorek, 8 maja 2012

Rudawska Wyrypa. Relacja. Część druga.


Borman twierdzi, że PK12 nie był nawigacyjną wtopą. Niech tak będzie. To nie była wtopa, tylko rozkojarzenie, do tego lekkie niedoczytanie mapy i fatalny wybór wariantu dojścia do niego. Z mapy wyglądało wszystko cudownie, a rzeczywistość okazała się mokra, błotnista i bardzo nieprzyjemna. Trzymając się strumienia, mielibyśmy pewny punkt ataku na PK12. Polecieliśmy jednak na azymut, tracąc ładnych parę minut. Na dodatek okazało się, że punktu było tam, gdzie go szukaliśmy. Granica kultur - jest. Las i łąka - jest. Ale ruin i lampionu nie ma. Przyglądam się dużej mapie. Przyglądam się mapie z opisami i doznaję olśnienia. PK jest na pewno 200 metrów dalej, dam sobie za to łapy obciąć. Biegniemy tam i faktycznie - wisi lampion, jak malowany. Podbijamy karty i kierujemy się w stronę PK13.

Mieliśmy w nogach 4,5 godziny napierania i jakieś 26 kilometrów na liczniku. Mimo to moje samopoczucie było lepsze niż poprawne. Wariant do PK13 był bardzo oczywisty, a co najważniejsze z wsią w połowie. Kiedy tylko dotarliśmy do miejscowości, zawitaliśmy do sklepu na ekspresowe zakupy. 10 złotych, które wziąłem na trasę, przydało się bardzo. Zimna cola + zimny napój energetyczny orzeźwiło mi człowieka i można było napierać dalej. Przed nami długi i prosty pod względem nawigacji fragment trasy. Do PK13 dotarliśmy mijając kolorowe jeziorka (które jakoś specjalnie mi dupy nie urwały). Punkt schowany za drzewem, ale znaleziony bardzo szybko. Rzut oka na mapę i kolejny prosty wariant prowadzący do PK14. Wariant, który upłynął pod znakiem Bormanowego kryzysu.

Mapa z naniesioną trasą,
którą się poruszaliśmy.
Ja miałem w sobie spore pokłady mocy (tak mi się przynajmniej wydawało), Borman, na tamten moment, miał ich znacznie mniej. Maszerowaliśmy szlakiem prowadzącym do kolejnej miejscowości. Borman chciał mnie wyganiać do przodu, ale mi to nawet przez myśl nie przeszło. Raz, że przyjechałem tu z nim i za jego namową i skoro razem wystartowaliśmy, to chciałem razem z nim skończyć ten bieg - obojętnie w którym momencie i z jakim wynikiem, a dwa, wiedziałem, że jeszcze kupa drogi przed nami i niespecjalnie chciałem w swoim pierwszym starcie zostać sam. Wiedziałem, że mnie też czeka kryzys, nie wiedziałem tylko w którym momencie. Im bardziej szlak zaczął opadać, tym Borman bardziej odżywał. Przelecieliśmy przez jakąś wioseczkę umieszczoną w kotlinie i zaczęliśmy się wspinać w stronę PK14, umieszczonego niedaleko jakiegoś kamieniołomu. Podczas wspinaczki trzy rzeczy stały się faktem: po pierwsze to, że zobaczyliśmy dwóch zawodników, którzy mieli już dość i zrezygnowali, po drugie ujrzeliśmy zapierające dech w piersiach widoki (ale to takie widoki, jakich jeszcze nie widziałem), a po trzecie Borman zaczął wracać do żywych. PK14 znaleźliśmy bez problemu, wyznaczyliśmy przebieg do PK15 i ruszyliśmy dalej.

6,5 godziny na trasie, 38 kilometrów w nogach. Bukłaki w plecakach zaczęły się robić puste. Najchętniej napełniłbym bukłak wodą ze strumienia, który spływał tuż obok kamieniołomu, ale zabrakło narzędzia, którym możnaby to uczynić. Na szczęście wariant do PK15 przebiegał tuż obok jakichś gospodarstw. Dzień dobry, dzień dobry! Można skorzystać z kranu? Można. Tankowanie do pełna i lecimy dalej. Brnęliśmy do przodu w zasadzie bez problemów, choć zauważyłem (czego głośno nie powiedziałem), że oto nadszedł moment, w którym rozmowy cichną. Nogi na szczęście niosły. Doniosły nas bez problemów do PK15. A następnie zaczęły nas kierować na PK16...

Mój współtowarzysz stwierdził: idźmy za słupami! One nas doprowadzą pod sam punkt! Ja stwierdziłem: mam dość, mam kryzys, tam są gałęzie, kamienie i woda. Ale kiedy kończyłem swoje stwierdzenie, Borman przedzierał się już w dół. Nie pozostało mi nic innego, jak iść za nim. Wg opisu organizatora PK16 powinien był położony przy rozwidleniu strumieni. I tego szukaliśmy. Co chwila się potykałem, we łbie miałem stan taki, jak na 40 kilometrze maratonu.
Prawa noga. 55 kilometr biegu.
Totalna sieczka, brak możliwości skupienia się na czymkolwiek, chęć położenia się i nie wstawania aż do świąt. Napierałem w dół z tą sieczką we łbie i zupełnie niespodziewanie przestałem napierać. Wypieprzyłem się w sposób bardzo efektowny. Pieniek po jakimś drzewu odbił mi się na lewej piersi, a moja twarz wylądowała kilkanaście centymetrów od następnego. Pół Rudaw usłyszało gromie "kurwaaaaaaaaaaaaaaa" z moich ust. Wstałem, policzyłem czy mam wszystkie zęby, ręce i nogi i zacząłem schodzić dalej. Docieramy do miejsca, które wydaje nam się miejscem, w którym położony jest PK. Są trzy strumienie, jest jakiś szlak obok, niby wszystko gra. Szukamy. Minuta. Pięć. Piętnaście. Nie ma! Borman zszedł kilkaset metrów niżej. Natomiast ja kilkaset metrów wyżej zobaczyłem, że mamy ogon! Pół godziny spędzone na poszukiwaniach i ktoś nas doszedł. Zadzwonił Borman, ma punkt! Ciągle z kryzysem, ale zapieprzam w dół. Podbijam w try miga, komunikuję partnerowi, że gonią nas źli ludzie. Partner komunikat przyjął i narzucił ostre tempo w stronę PK17.

Na mapę patrzyłem tyle o ile. Aby się nie zgubić. Ten fragment trasy, to całkowicie pomysł Bormana. Ja sadziłem pod nosem soczyste przekleństwa i zmuszałem mózg, do wyłączenia modułu odpowiedzialnego za odczuwanie kryzysów. Chciałem, żeby wziął przykład z nóg, które pomimo odcisków i otarć spowodowanych mokrymi skarpetkami, podawały w sposób zadziwiający dla mnie. Mózg w trakcie zmierzania do PK17 zobaczył (to znaczy zobaczyły oczy, ale mózg zakodował) stację benzynową. Wiedziałem, że jeśli zaraz się nie napiję zimnego energetyka, to umrę. Wariant z zaliczeniem stacji okazał się na szczęście szybki i wygodny. Spotkaliśmy też nasz ogon. Wtedy jeszcze ruszyliśmy dalej przed nim. Nie na długo. PK17 był umieszczony na szczycie Parkowej Góry. Co za ponury żart - pomyślałem, patrząc na pokonany dystans, na czas jaki minął od startu, na pogodę (zaczęło grzmieć i padać) i na to, ile jeszcze drogi przed nami... 

A droga była długa. Między PK17 a PK18 był kawał odległości. Najpierw asfaltem do kolejnej wiochy, a potem szlakiem prosto do punktu. Dotarcie do PK18 zajęło nam prawie godzinę. Ogon już nas wyprzedził. Palce u stóp miałem spuchnięte tak, że nie mogłem nimi ruszyć. Pod lewą stopą zaczął rodzić się cholernie piekący odcisk. Zaczęła się zabawa. 
Marudziłem, narzekałem, rzucałem mięsem. A Borman nic. Kiedy chciał biec - biegł. Kiedy chciał przyspieszyć - przyspieszał. Za plecami pojawił się kolejny ogon. No, to Borman zredukował bieg. Boli mnie, kurwa, chłopie! - tak chciałem krzyknąć. Ale słowem się nie odezwałem. Robiłem co tylko się da, żeby nie zawieść partnera. Koło PK18 doszedł nas ogon. Borman ominął punkt, ja go na szczęście zobaczyłem z biegu. Podbiliśmy karty, ogon poleciał do PK19 swoim wariantem, a my swoim. 

Myśleliśmy o przelocie na azymut, ale z mapy wynikało, że będzie bardzo mokro i bardzo błotniście. Bagiennie wręcz. Dlatego też pojawił się pomysł, żeby polecieć do pewnego momentu asfaltem i wbić się na groblę okalającą stawy, którą dotrzemy niemalże pod sam punkt. Jak pomyśleliśmy, tak zrobiliśmy. Tyle, że dostanie się na groblę nie było takie proste. Myśleliśmy o jakimś mostku, może drzewie. Czymkolwiek. Niestety. Cztery metry wody po kolana. Iść czy nie iść? Nie spodziewałem się nawet, że będziemy jeszcze kombinować. Iść. Po tej przeprawie stopy zamieniły mi się w najdorodniejsze kalafiory, jakie w życiu widziałem, a w butach miałem tyle mułu, że mógłbym mały zameczek zbudować. Oczyściliśmy nogi na tyle, na ile to było możliwe i polecieliśmy dalej. 
Totalnym zaskoczeniem było dla mnie to, że byliśmy 9 godzin w trasie, a ja ciągle żyłem. Docieramy w okolice PK19, przedostatniego na całej trasie (PK20 to meta). Co najciekawsze docieramy razem z naszym do niedawna ogonem. Jak się później okazało, się chłopak totalnie zgubił i wyszedł gdzieś poza krawędź mapy. Szukamy punktu. W tych poszukiwaniach co chwila potykam się o krzaki jeżyn. Moje piszczele płaczą z bólu. I krwawią też. Ale ja to mam już gdzieś. W końcu odnajdujemy punkt. Ogon podbija go jako pierwszy i zaraz znika nam z oczu. Borman narzeka na ból kolana, nie ma sensu gonić kogokolwiek. Zmieścimy się w dziesięciu godzinach, jest dobrze!

Do mety docieramy maszerując. Czuję się przeżarty, wypluty, ale cholernie szczęśliwy. Jest zupełnie inne zmęczenie, niż po maratonie. Znacznie przyjemniejsze, mimo że jakby głębsze. Na poziom endorfin wpływa również to, że przed nami na metę dotarło bardzo niewiele osób. Jak się okazało zajęliśmy z Bormanem 14 miejsce na 106 osób, które wystartowały! Dotarliśmy do mety po pokonaniu 57 kilometrów w 9 godzin i 48 minut. Nie spodziewałem się, że pójdzie nam aż tak dobrze. Nie spodziewałem się, że wszystko ułoży się tak gładko, pomimo tego, że to był mój debiut w takiej imprezie. Oczywiście gdyby nie Borman, to wyglądałoby to zapewne trochę inaczej. Za tę cierpliwość i pomoc, Maniuś, bardzo Ci dziękuję. I za to, że pokazałeś mi, że BnO, to taka zajebista zabawa! Koko, BnO, Spoko!

poniedziałek, 7 maja 2012

Rudawska Wyrypa. Relacja. Część pierwsza.

Jeszcze jakiś czas temu pisałem tutaj, że na starcie jakiegokolwiek biegu na orientację stanę w przyszłym roku. Zupełnie nie miałem w planach tego, żeby jeszcze w tym roku napierać gdziekolwiek z mapą i kompasem. Ale że człowiek jest podatny na wiele wpływów, a na mnie delikatnie acz skutecznie wpływał Borman, ugiąłem się i postanowiłem, że razem z nim wystartuję w nowym biegu w kalendarzu BnO.  W Rudawskiej Wyrypie, której pierwsza edycja odbyła się w minioną sobotę w Karpnikach koło Jeleniej Góry. Na pewno jednak w życiu bym nie napisał, że w swoim debiucie w takiej imprezie (co w wielkiej mierze zawdzięczam Bormanowi) zajmę 15. miejsce na ponad 100 osób i przetrwam ją w całkiem poprawnej kondycji psychofizycznej. Ale do rzeczy...

Nie wiedziałem, czego się mogę spodziewać po takiej imprezie. Biegi na orientację znałem tylko z opowieści i relacji, które znalazłem w internecie. Z mapą i kompasem obywałem się samodzielnie na treningach, lub przyswajając wskazówki również odnalezione w internecie. Wiedziałem też, że moja technika, jak idzie o pokonywanie terenów stricte górskich, czy też kiepsko przebieżnych pozostawia wiele do życzenia. W końcu 98% biegowego czasu spędzałem na asfalcie. Bałem się, że zamarudzę Bormanowi. Nie chciałem być tylko ogonem, który będzie musiał za sobą ciągnąć przez tyle godzin. Byłem bardzo zdeterminowany, żeby wytrzymać kondycyjnie to, co przyniesie bieg, a także żeby moja mapa i mój kompas nie były tylko balastem, ale żebym i ja wniósł coś do naszej nawigacji.

Godzinę przed startem już było bardzo ciepło. Bezchmurne niebo i kupa słońca. Prognozy pogody mówiły o burzach i deszczu na popołudnie. To sprawiało, że zastanawiałem się do samego końca, czy wsadzić do plecaka lekką kurtkę. W rezultacie nie wsadziłem. Tak samo (ale to już przez sklerozę) jak skarpetek na zmianę (byłem przekonany, że prędzej czy później buty i stopy przestaną być suche). Wziąłem za to ze sobą parę kabanosów, dwie bułki z szynką, słone orzeszki, parę jakichś batonów zbożowych, folię NRC, plastry na odciski, telefon, no i 1,5 litra izotonika w bukłaku. Dzień wcześniej kupiłem nowy plecak biegowy, ale w wersji trail. I to był doskonały zakup. Pomieściłem to wszystko z wielką swobodą, jeszcze kupa miejsca była, po założeniu na plecy w ogóle nie czułem wagi plecaka, a po dotarciu na metę nie znalazłem ani jednego obtarcia.

Kilkanaście minut przed startem dostaliśmy mapy wraz opisami punktów kontrolnych. Punktualnie o 9 rano wybiegłem na trasę swojego pierwszego BnO w życiu. Pierwszy PK był zarazem startem odcinka specjalnego. Wystartowała nas ponad setka ludzi, więc OS z dowolną kolejnością zaliczania PK na samym początku był doskonałym pomysłem. Towarzystwo się dzięki temu rozproszyło i przerzedziło. Na PK01 dostaliśmy mapy do OS-a i polecieliśmy w teren.

Jako pierwszy zaatakowaliśmy punkt S13. W zasadzie to Borman sam podjął taką a nie inną decyzję, a mi nie pozostało nic innego, jak się pokornie dostosować. Dzięki dość łatwemu dolotowi do niego poszło szybko i bezboleśnie. Następnie S14. Najpierw na azymut przez gęsty las do drogi, a z niej po paruset metrach atak na punkt. Atak, po którym przestało być sucho w moich butach. Ale nikt nie mówił, że będzie łatwo. Kolejne punkty również nie sprawiały nam wielkich trudności. Dwa razy mieliśmy chwile zwątpienia i głębszego nawigacyjnego zastanowienia. Raz poszukiwaliśmy punktu kilkadziesiąt metrów za wcześnie, czego ślady mam na łapach - sosnowe gałęzie drapiąc, nie sprawiają przyjemności. 
A drugim razem lampion był umieszczony w innym miejscu, niż to było zaznaczone na mapie. Nie mogłem sobie podarować, że trzykrotnie przechodziłem kilkanaście metrów obok punktu i nie zajrzałem w oczywiste miejsce, gdzie ten lampion był. Na szczęście nie tylko my straciliśmy tam ładnych kilka minut. Tak na dobrą sprawę, to mniej więcej po drugim, może trzecim punkcie kontrolnym załapałem tok rozumowania Bormana i zacząłem czytać mapę w taki sposób jak on. Nie musiałem się pytać, jaki wariant dojścia do punktu chce obrać, a przy okazji pomysłu na inny wariant, mogłem go śmiało zaproponować, dzięki czemu współpracowało nam się bardzo dobrze nie tylko na odcinku specjalnym, ale na całej trasie.

Meta OS-u, to zarazem PK09 całem trasy i tak na dobrą sprawę początek zabawy. Na PK09 pojawiliśmy się po około dwóch godzinach i pokonaniu 14 kilometrów. Jako że OS był pokonywany w dość szybkim tempie, a plecak zostawiłem na jego starcie, zaraz po dobiegnięciu musiałem szybko uzupełnić płyny w człowieku, bo czułem się porządnie wysuszony. Nie byłem jednak fizycznie zmęczony. Czułem się bardzo nakręcony na dalsze napieranie. Tymbardziej, że okazało się, że przed nami z OS-u wyszło tylko koło dziesięciu osób. Zapakowałem do plecaka parę ciastek, wybraliśmy z Marcinem wariant przelotu do PK10 i polecieliśmy dalej. Nie uleciałem jednak daleko, bo już po mniej więcej kilometrze musiałem przystanąć i zakleić plastrem rodzący się w bólach pęcherz w okolicach pięty (w tym momencie wyszedł brak suchych skarpetek w plecaku). Po opatrzeniu stopa narodziła się na nowo i można było lecieć dalej. Dolot do PK10 był bardzo oczywisty, więc można było puścić nogi, bo do pewnego momentu było bardzo z górki. Potem zaczęła się wspinaczka szlakiem do samego PK (punkt umieszczony przy ruinach Zamku Bolczów). Krótka chwila na odnalezienie go, podbijamy, wybieramy wariant do PK11 i lecimy dalej.

Po drodze do PK11, korzystając z fragmentu trasy pod górkę, zjadłem bułę, bo głód zaczął zaglądać mi w oczy. Poza tym obaj czuliśmy się bardzo rześko. Tam, gdzie trasa się wznosiła - maszerowaliśmy. Tam, gdzie było płasko lub z górki - biegliśmy. Narzucałem na zbiegach dość mocne tempo, licząc na to, że nie zemści się to w końcówce. Będąc w połowie drogi do PK11 stwierdziliśmy, że mogliśmy wybrać nieco inny wariant dojścia do tego punktu. Co się stało, to się nie odstanie. Idziemy, biegniemy, mamy dobre tempo, dobre zdrowie, nie ma co narzekać. Żeby dostać się do PK11 należało wspiąć się na szczyt wzgórza Wołek. Bardzo strome podejście, które dało się we znaki kończynom dolnym. Wysiłek został jednak wynagrodzony łatwym do odnalezienia lampionem, a przede wszystkim niesamowitym widokom, jakie mogliśmy popodziwiać. Niestety na podziwianie czasu nie było zbyt wiele. Podbicie karty i napieramy w kierunku PK12. Punktu na którym zaliczyliśmy pierwszą tego dnia nawigacyjną wtopę...

CDN.

piątek, 4 maja 2012

Podsumowanie. Kwiecień 2012.

Z kronikarskiego obowiązku muszę podsumować w jakiś sposób miniony miesiąc. Miesiąc, który minął pod znakiem bardzo skrajnych nastrojów. Nastrój pierwszy wprowadził mnie w wielki stan upojenia własną zajebistością i radością z biegania, nastrój drugi natomiast bardzo szybko sprowadził mnie na ziemię.


Za nastrój pierwszy odpowiadał półmaraton w Poznaniu. Za wyjątkiem zeszłorocznego maratonu w Barcelonie nie było jeszcze biegu, do którego byłbym przygotowany tak perfekcyjnie i który rozegrałbym w tak fantastyczny sposób. Wszystko poszło lepiej, niż miało pójść. 

Nastrój drugi, to maraton w Dębnie. Wszystko szło tak, jak miało iść do niejednokrotnie wspominanego już 31 kilometra, na którym to wszystko przestało iść, a zaczęło pełzać, czołgać się niczym ranny żołnierz. Zastanawiam się, czy mogę mówić o mojej największej biegowej porażce. Tak nazwałem to wszystko chwilę po biegu. Teraz, kiedy analizuję to na chłodno stwierdzam, że po prostu miałem pecha. Zdarza się. Wykonałem ciężką pracę przygotowując się do tego biegu. Efekt końcowy kiepski, ale trening w piach nie pójdzie. Co nabiegałem, to moje. Tego już mi nikt nie odbierze.

Z racji tego, że Dębno wyglądało tak, jak wyglądało, nie odpoczywałem za dużo. W zasadzie zrobiłem sobie tylko tydzień zluzowania z delikatnymi rozruchami, żeby wyleczyć mikrourazy mięśni i po tygodniu byłem gotowy do dalszego biegania. Długo zastanawiałem się co będzie tym dalszym bieganiem. Czy plan pod ultra czy dotrwanie do maratonu w Jelczu-Laskowicach. Podjąłem - tego jestem pewien - mądrą i najlepszą ze wszystkich decyzję, że do Jelcza nie jadę. I nie żałuję. Dużo nowej, jeszcze cięższej pracy przede mną. I wiem, że jej efekt będzie znacznie bardziej pozytywny.

niedziela, 29 kwietnia 2012

Misja: Bieg Siedmiu Dolin. Pozostało: 19 tygodni.

I chyba już wszystko jasne, prawda? Po wysłuchaniu i przeczytaniu wielu opinii, po analizie wszystkich, nawet tych najmniejszych za i przeciw, wyszło mi nie mniej i nie więcej, tylko coś takiego: pieprzyć maraton w Jelczu-Laskowicach. Pieprzyć poprawianie wyniku z Dębna w najbliższym czasie. Co się stało, to się nie odstanie, trudno. Przyjdzie jeszcze niejeden czas na walkę o sensowny wynik i sensowną życiówkę. Startem w Jelczu namieszałbym sobie bardzo w przygotowaniach do tego, do czego się zacząłem przygotowywać z początkiem kończącego się tygodnia.

A przygotowuję się docelowo do Biegu Siedmiu Dolin. Pisałem już o tym parokrotnie. Nowe wyzwanie, nowy cel. Cel wyznaczony w chwili niezależnego ode mnie życiowego niepowodzenia. Ktoś sprawił, że zacząłem się zastanawiać nad wieloma rzeczami. Ktoś w pewnym momencie zabił we mnie wiele rzeczy. Niech ten ultramaraton i przygotowania do niego będą dla mnie powrotem do żywych. Niech każdy przebiegnięty kilometr, niech każde pokonanie wzniesienie, niech każda kropla potu będą dla mnie czymś, co przybliży mnie do odzyskania tego, co zgubiłem przez powyższe.

Napisałem plan treningowy. Sam sobie napisałem plan treningowy. Zanim wcieliłem go w życie, dostało go ode mnie kilka osób, których doświadczenie w biegach górskich czy w ultramaratonach znacznie przerasta moje. Dostali, przeczytali, wypowiedzieli się. Jedna korekta, druga korekta i jest. Plan, który ma przygotować mnie do górskiego biegania i który może dać mi spore szanse na ukończenie w dobrym zdrowiu Biegu Siedmiu Dolin. Dużo krosów po lesie. Bardzo dużo siły biegowej (przynajmniej dwa akcenty w tygodniu) w postaci podbiegów, krosów, ale w bardzo pofałdowanym terenie, czy też napierania po torze motocrossowym. Jeden akcent szybkościowo-wytrzymałościowy, żeby się nie zamulić. Jeden akcent typowo aerobowy. I oczywiście wycieczka biegowa. I tak tydzień w tydzień z kilometrażem 80-100 km, chyba że po drodze wypadną jakieś zawody, których w kalendarzu nie brakuje.

Już w najbliższą sobotę czeka mnie start w biegu na orientację na dystansie 50 kilometrów. Rudawska Wyrypa. Piękne okoliczności przyrody, mapa, kompas, zacny kolega Borman, ja i parę godzin napierania w poszukiwaniu punktów kontrolnych. Mniam. Następnie maraton w Sztokholmie 1 czerwca. Szczerze mówiąc, to jest mi on zupełnie nie w smak w kontekście przygotowań, ale darowanemu koniowi się w zęby nie zagląda. Obiecałem swojemu partnerowi na Bieg Rzeźnika, że przebiegnę go (maraton, nie partnera) jak najwolniej się da. Tydzień po Sztokholmie, 8 czerwca, wspomniany Bieg Rzeźnika. Mocny test na sam początek przygotowań. Wszystko wskazywało na to, że jednak nie pobiegnę, jednak sytuacja się zmieniła i będę mógł polatać po Bieszczadach. Wiem, że podołam. Wierzę, że mój partner też podoła. 77 kilometrów. Uda się, no bo co ma się nie udać? 22 czerwca, dla zabawy, spotykamy się w Złotoryi na Biegu Szlakiem Wygasłych Wulkanów. 7 lipca to dzień, kiedy zobaczymy się na starcie Maratonu Gór Stołowych. Kolejny sprawdzian, a w zasadzie kolejna nauka biegania po górach. Bez żadnego spinania się, bez nakręcania. Wystartować, przeżyć, dobiec. Podobnie jak w sierpniu podczas Maratonu Karkonoskiego. Tej imprezy szczególnie nie mogę się doczekać. W zeszłym roku brałem udział w Biegu na Śnieżkę i dowiedziałem się wówczas, że nie tylko chodzenie po Karkonoszach ma swój urok, ale bieganie także. A poza tym cały tydzień do maratonu będzie przeznaczony na treningi właśnie tam - w Szklarskiej Porębie. To będzie czas urlopu, więc razem z moim kolejnym zacnym kolegą, Sewerynem, organizujemy sobie tygodniowy mikrocykl treningowy. Miesiąc później przyjdzie czas na start właściwy. Na walkę z Beskidem Sądeckim. Na walkę ze 100 kilometrami zbiegów, podbiegów, kamieni, błota. Na walkę z samym sobą, bo jestem przekonany, że do tej walki dojdzie. 

Nie jestem cyborgiem - wiem, że to będzie najcięższe kilkanaście godzin w moim życiu. Ale wiem, też, że po pierwsze: im cięższe będzie tych kilkanaście tygodni ten bieg poprzedzających, tym lżej będzie podczas pokonywania tych 100 kilometrów; a po drugie: gdybym był cyborgiem, to przeszedłbym obojętnie wobec wydarzeń, które sprawiły, że teraz mogę pisać to, co piszę... 

Misję "Bieg Siedmiu Dolin" uważam za rozpoczętą!


PS. Przypominam o konkursie! Przeczytaj poprzedni post szanowny, chcący mi pomóc Czytelniku!:)

środa, 25 kwietnia 2012

Łowca przygód w Norwegii.

Krótka piłka. Potrzebuję głosów. Głosów oddanych na tego bloga, za pośrednictwem tej aplikacji na fejsbuku - KLINIJ, POLUB I ODDAJ GŁOS. Rzecz polega na tym, że stanąłem w szranki z wieloma wybitnymi jednostkami. Jednostkami, których aktywność fizyczna i dotychczasowe dokonania sprawiają, że zdaję sobie sprawę z tego, iż na zwycięstwo szans nie mam w zasadzie żadnych. Mimo to trzeba walczyć, prawda?

A jest o co walczyć. Cytując za organizatorem, czyli za portalem visit-norway.pl: zwycięzca konkursu będzie mógł zrealizować swoje pasje sportowe na terenie Norwegii. Wartość nagrody głównej to 10 tysięcy złotych. Ty będziesz robić to, co lubisz, a my zajmiemy się resztą. 

I tak się składa, że ja bym bardzo chciał porobić w Norwegii to, co lubię. Czyli pobiegać. Może maraton startujący późną nocą, a mimo to rozgrywany przy świetle dziennym? A może pobiec na Nordkapp i pozostawić tam odcisk biegowego buta? Może nakarmić fiordy w biegu? A może jeszcze coś innego? Byłoby miło zrobić coś takiego. Dlatego też proszę Was o pomoc. Was, a także Waszych znajomych i przyjaciół, którzy nie obrażą się, jeśli podeślecie im linka i poprosicie o zagłosowanie na moją skromną osobę.

Zgłaszając się do tego konkursu, należało wysłać prezentację siebie oraz tego, co chcielibyśmy w Norwegii powyprawiać. Oto fragment tego, co napisałem: Norwegia? Z wielką chęcią i z wielką przyjemnością dokonam tam czegoś... no właśnie, czego? Pobiegniemy na Nordkapp? Może wbiegniemy na Galdhoppingen? A może jeszcze coś innego? Nabijmy kilometry, zróbmy dużo zdjęć, nakręćmy film, zbudźmy marzenia u innych. Pokażmy, że biegać można wszędzie. Naprawdę wszędzie.